115 urodziny Harleya w Pradze

Lipiec to czas kiedy Dziwaki zwykle nie mają czasu. Jeszcze do niedawna wolny weekend w wakacje był rzeczą niespotykaną w naszym kalendarzu. A żeby jeszcze bezczelnie pojechać na urlop – no kto to widział takie fanaberie.
Los pokierował jednak inaczej – chwilę po tym gdy odebraliśmy Harrego dostaliśmy wiadomość, że mamy wolny weekend na początku lipca. Po pierwszym momencie zaskoczenia nastąpiła euforia. Tak głośnego okrzyku radości w tym bloku chyba jeszcze nikt nie słyszał. Właśnie w ten weekend zaplanowane zostało ogromne wydarzenie. 

Zlot Harleya w Pradze - 115 urodziny

Dziwak natychmiast zakupił wejściówki i zapadła decyzja – jedziemy do Czech.

Musicie wiedzieć, że nasze ówczesne wojaże ograniczały się do kręcenia wokół komina. Najdłuższe trasy miały po 140-150 km. Więc taki wyjazd to wręcz wyprawa. Ale w końcu do odważnych świat należy.

Nastał lipcowy poranek, wypchaliśmy sakwy do granic możliwości – prawie, jak się później okazało, dosiedliśmy maszyny i ruszyliśmy w drogę. Po wjeździe do Czech największym zaskoczeniem było że cały kraj żyje tym zlotem. Na stacjach można było odebrać wejściówki by uniknąć kolejek. I jeszcze w ramach bonusu raczyli zimnym Staropramenem (bezalkoholowym oczywiście). Była też specjalna aplikacja z miejscami wartymi zwiedzenia w całym kraju.

Praga przywitała nas rykiem tysięcy maszyn. Nie wiedzieliśmy czy rozglądać się czy jechać. Cała północna część miasta była pozamykana dla samochodów. W końcu to zlot motocyklowy ! Miasteczko zlotowe zajmowało ogromną powierzchnię. Dla zobrazowania rozmiaru – było tam chyba 6 scen na których cały czas odbywały się koncerty. I żaden nie zakłócał drugiego. Ogromną część zajmowały stoiska z jedzeniem i każdy znalazł coś dla siebie – nasze odkrycie to “czeski hamburger” czyli grillowana mielonka w kajzerce. Jak brzmi abstrakcyjnie tak smakuje znakomicie.

Oprócz koncertów były również pokazy jazdy ekstremalnej, motocykle współczesne, maszyny zabytkowe. Dziwaczka dorwała się do gitary. A nasza moto-owca Tosia dosiadała każdego , nawet największego modelu. Oficjalne rozpoczęcie imprezy odbyło się z wielką pompą. Oprócz fenomenalnego fireshow zagrał The Cell , który od tego momentu stał się naszym muzycznym towarzyszem każdej podróży.

Praga to jedno z naszych ulubionych miast. Dlatego ruszyliśmy z buta by obejść jak najwięcej, pooglądać i powłóczyć się z aparatem. Szybko odkryliśmy, że całe miasto opanowali miłośnicy motocykli. Z oficjalnych informacji wynika że było ich ponad 100tys. Gdzie się nie obrócić spotkać można było kamizelki z logiem HOG (Harley Owners Group) opowiadające historie ich właścicieli. Starzy, młodzi, dziewczyny, faceci – zjechali się wszyscy. 

Parada motocyklowa

Punktem kulminacyjnym była parada motocyklowa, na której jechało kilka tysięcy motocykli z różnych zakamarków świata. Najdalszy uczestnik przyjechał aż zza Wielkiego Muru. Wspaniały widok i wspaniały przykład organizacji która nie utrudniła życia mieszkańcom.

Teraz już tylko zostało nam obkupić się w koszulki i inne pamiątki, dopakować sakwy na maksimum i ruszyć w drogę powrotną.